Gdyby Pani Ala gotowała w średniowieczu, król by abdykował, a rycerze porzucili miecze i pobiegliby w stronę jej oberży. Bo jak tu walczyć, gdy w powietrzu unosi się zapach pieczonych gołąbków, a na ladzie pysznią się słoje z fasolką po bretońsku niczym eksponaty z muzeum smaku?
Panią Alę poznałem podczas obozu harcerskiego – miejsce akcji: Swobodna, niedaleko Dobrego Miasta. Tamtego lata to ona dostarczała obiady naszej dzielnej, choć głodnej, drużynie. A ja – niczym handlarz z suku w Marrakeszu – prowadziłem z nią negocjacje godne dyplomaty Watykanu. Targowaliśmy się o cenę, ale nie o jakość – bo ta była bezdyskusyjna.
Nie ma neonów, za to jest zapach i smak
Po kilku przystankach – przy stacji benzynowej na Kętrzyńskiej, potem przy „Żuralu” – Pani Ala urządziła się na dobre przy ulicy Kolejowej 1 w Bartoszycach. Lokal – dziś w formie garmażeryjno-ogrodowego zakątka – zachęca nie neonami, lecz zapachem i smakiem. Wejdźcie, a przywitają was dwa, czasem trzy rodzaje zupy. Tu, jak Pan Bóg przykazał rządzi rosół, ogórkowa i pomidorowa z makaronem. A dalej? Kotlet schabowy jak talerz, mielony, co trzyma fason, i gołąbki – uwaga – pieczone, nie gotowane! To rarytas, który w lokalach bartoszyckich występuje z częstotliwością komety Halleya.
Dla miłośników mąki i tradycji (oraz zapracowanych rodziców)
Są i klasyki kuchni ziemniaczano-mącznej: pierogi, pyzy, kluski, cepeliny. Talerz paruje, serce rośnie. A jeśli nie masz czasu gotować – a dzieci głodne jak wilki z „Czerwonego Kapturka” – kup flaki, bigos czy fasolkę w słoiku. Gotowe do podgrzania, smaczne, uczciwe i bez zbędnych udziwnień typu „redukcja demi-glace z infuzją tymianku”. Dla dbających o linię (lub przynajmniej o jej wspomnienie) są sałatki: grecka – wiadomo – i druga z szynką parmeńską. Bo jak już grzeszyć, to z klasą.
Nie facebook, a smakbook
Menu można znaleźć na Facebooku, co oznacza, że Pani Ala nie tylko świetnie gotuje, ale też idzie z duchem czasu. Nie ma tu jednak lajków, tylko smaki – i to takie, które pamięta się dłużej niż relację z Instagrama.
Epilog pełen smaków
I ja tam byłem. Ani miodu, ani wina nie piłem – autem byłem, więc klasycznie: dwa mielone, ziemniaczki i mizeria. Tak dobre, że nawet nie zazdrościłem tym, którzy mogli popić kompotem. I choć obiady Pani Ali może nie zmienią świata, to zmieniają dzień – z przeciętnego na pyszny. Bo czasem, żeby poczuć się dobrze, nie trzeba wcale gwiazdkowych restauracji. Wystarczy lokal przy Kolejowej i talerz, jak u cioci. A może nawet lepszy.
Jarek Góral – miłośnik tradycyjnej kuchni, domowych smaków i opowieści, które najlepiej doprawia się szczyptą humoru i szerokim uśmiechem.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze