Reklama

Ludzkie losy. Cud zwyczajnej miłości...

Redakcja Nowiny Bartoszyce
19/10/2022 10:18

Są chwile, które w pamięci zostają na zawsze, choćby działy się pół wieku temu. Takim przeżyciem dla Państwa Ireny i Stanisława Pupinów był dzień 3 czerwca 1972 roku, kiedy to w Grudsku, w Kościele pw. Św. Piotra i Pawła przysięgali sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że nie opuszczą siebie, aż do śmierci.

Młodość kipiała jak młode wino w bukłakach. Mieli po 20 lat. Ale nie mieli zbyt wiele do gadania co do ślubu i wesela. O wszystkim decydowali rodzice.
– Takie były czasy i my sami – uśmiecha się Pani Irena. – Zdanie rodziców było ważne.
– Jednak najważniejsze w tym było to, że my się kochaliśmy – mówi Pan Stanisław. — Na ślubnym kobiercu stanęliśmy z miłości, nie z przymusu. To była nasza wspólna decyzja.

Tak szybko to minęło, jak 3 lata...
Trzymając się za ręce Irenka i Staszek niespiesznie szli sępopolską ulicą. Powiedziałabym, szli jak zawsze — jak ich znam — spokojnie, blisko siebie, szczęśliwi małżonkowie, trochę zamyśleni, uśmiechali się do siebie. Wracali z kościoła z uroczystej mszy jubileuszowej 50-lecia zawarcia swojego małżeństwa. Sępopopolski chór parafialny, do którego Irena należy od zawsze, śpiewał dla nich od serc i najlepiej jak potrafił. Trącone struny emocji łamały trochę głosy, a oczy wilgotniały. Natomiast dostojni jubilaci, otuleni swoją niezwykłą skromnością, obdarzyli wszystkich radością i życzliwością.
— Tak szybko to minęło, jak 3 lata, — mówili do siebie i do chórzystów. Lecz jakby nie liczyć, minęło 50 lat odkąd razem płyną po wodach i oceanach życia.


Potrzebny był chłopak na studniówkę
Gdy taternicy zdobywają wysokie szczyty, najpierw idą osobno. Na bardziej stromych zboczach wiążą się ze sobą specjalną liną, jeden pomaga drugiemu. Grozi im jednak to, że w razie potknięcia jeden może drugiego ściągnąć w przepaść. Na dużych wysokościach, gdy wspinaczka staje się niebezpieczna, zabezpieczają się dodatkową liną i muszą już wtedy liczyć tylko na siebie. Tak i ludzie najpierw idą przez życie osobno, własnymi drogami. Potem spotykają się w miłości i idą zwykle parami, aby na życiowych drogach wzajemnie sobie pomagać, trzymając się za ręce.
Pani Irena Pupin (z domu Klepczyńska) urodziła się w 1951 roku w miejscowości Garlino. Rodzice, Czesław i Halina Klepczyńscy, prowadzili gospodarstwo, gdzie hodowano bydło mleczne i uprawiano zboże. Irenka wychowywała się wraz z pięciorgiem rodzeństwa. Wtedy wiadomą sprawą było, że w przyszłości gospodarstwo przejmie brat, więc mama poradziła, żeby Irenka zdobyła zawód technika łączności i pracowała w placówkach pocztowych. Po ukończeniu szkoły w Garlinie mama zawiozła Irenkę do Olsztyna, do Technikum Łączności.
Pan Stanisław Pupin pochodzi z miejscowości Babaryki, rejon Miory, obwód witebski (obecna Białoruś). W 1954 roku ostatnim transportem rodzina przyjechała do Polski, jako przesiedleńcy. Staś miał wówczas 3 latka. Rodzina osiedliła się w Piszu, potem przeprowadzili się do Kiwit. Stasiek przyjechał do Olsztyna, aby uczyć się w szkole „budowlance”.
— Poznaliśmy się w Olsztynie — wspomina Irenka — potrzebny mi był chłopak na studniówkę. Bo jakoś dziewczyny miały chłopaków, a ja nie miałam i koleżanka mi go podesłała. Później się przyczepił…
— Nie, nie, nie! To było inaczej — przerywa Stasiek. — Poznaliśmy się w 1970 roku, przed studniówką. Koleżanka przyprowadziła na wieczorek zapoznawczy grupkę chłopaków, w której ja też byłem. Tam spodobała mi się Irenka. Piękna dziewczyna z długimi włosami i szarymi oczami, uśmiechnięta. Powiem, że studniówka była udana.

Podobny do aktora Cybulskiego

Reklama

— Po studniówce zaczęliśmy się spotykać, on co jakiś czas podchodził, robił do mnie maślane oczy, przynosił rzodkiewki. To był faktycznie chłopak, o jakim marzyłam. Spokojny, troskliwy no i bardzo wysoki. U nas mama z tatą byli niskiego wzrostu, równi. Ja, jako najstarsza z rodzeństwa dostawałam dostawałam do pracy w polu grabie, które miały najwyższy trzonek, bo 158 cm — śmieje się Irenka. — Ojciec sam robił wszystkim grabie, dopasowując je do naszego wzrostu. Drzwi wejściowe też miały tylko 160 cm. Jak widziałam wysokiego, przystojnego Staszka w ciemnych okularach, bardzo podobnego do aktora Cybulskiego, mocniej biło mi serce.
— Ona bardzo lubiła rzodkiewki — wspomina pan Staszek. — Kupowałem je dla niej na straganie. Irenka zaczęła pracować na poczcie, przy dworcu w Olsztynie. Tam też był mój hotel dla pracowników budowlanych. Często chodziliśmy do kina, które było blisko dworca. Zawsze myślałem, że to było kino dla wagarowiczów, bo filmy wyświetlano od 6 rano do 22. Tam nie spotykało się podróżnych, tylko wagarowiczów i my tam często zaglądaliśmy. W rodzinnym domu Irenki polubiłem czarną polewkę, czyli czarninę. Nigdy przedtem nie jadłem takiej zupy. Śmiejąc się, zapytano mnie, czy chcę. Nie wiedziałem o co chodzi. Zjadłem talerz tej zupy i poprosiłem o dokładkę, a oni głośno się roześmiali. Ale to było już po ślubie, więc nie groziło niczym złym – dodaje Stanisław.

Pierwsze kroki do kościoła
Po ślubie w 1972 r. Irenka dostała propozycję pracy w Sępopolu, w Urzędzie Pocztowym i przyjechali tutaj, jak mówią, „w ciemno”. Dostali mieszkanie przy poczcie. Pierwsze kroki Irenka skierowała do kościoła. Pamięta, że podłogi były tam jeszcze drewniane. Zawsze, w każdej potrzebie zwracała się do Boga.
Świtały nowe dni, ciepłe promienie słońca przedzierały się przez zaspane okna. Ptaki radośnie pokrzykiwały. Irenka i Staszek marzyli o życiu w szczęściu i miłości. Na świat zaczęły przychodzić dzieci. W 1955 r. urodziła się Jagienka (obecnie mieszka w Niemczech), w 1972 r. — Joanna (mieszka w Pile, jest nauczycielką matematyki), w 1977 r. — syn Darek (mieszka w Pile, jest funkcjonariuszem Policji). Irenka pracowała na poczcie, wszyscy ją znali, a Staszka znali jako „męża Irenki”. Przybywało obowiązków, różnych spraw, rzeczywistość często przeobrażała się w szarą codzienność, musieli coraz mocniej trzymać się za ręce. Nie zawsze jest tak, jak się marzy. Zły okres w życiu Staszka przeplatał się z chorobą Irenki. Irenka w 1978 roku zachorowała na serce, miała poważne zabiegi operacyjne, długo przebywała w szpitalu i wymagała opieki.
Początkowo Staszek czuł się niepewny, bo opieka nad żoną wymagała zmian opatrunków, pielęgnacji. Jednak świetnie sobie z tym poradził. To był bardzo ciężki okres, nie było blisko rodziny. Dzieci pilnowała niania. Irenka ze Staszkiem musieli pracować, praca zaczynała się o 7 rano, więc trzeba było porozprowadzać dzieci do szkoły i przedszkola. Na poczcie zimą nie było zbyt ciepło, trzeba było palić w piecu. Staszek wyjeżdżał do pracy do Bartoszyc już o 6 rano, gdzie pracował jako elektryk.

Zawsze wiedziałam, gdzie jest Staszek
— Na dobre i na złe… — zamyśla się Irenka. — Myślałam, to kiedy to będzie dobre? Tyle razy zastanawiałam się nad tym. Ale człowiek młody, stara się, żeby zdążyć wszystko zrobić i żeby było jak najlepiej. Cieszyłam się, że dzieci dorastają, zakładają swoje rodziny. Mamy siedmioro wnuków, zabierałam je wszystkie razem do siebie na wakacje. Chciałam, żeby dobrze się poznali, żeby rodzinne więzi były silne. Niestety to się nie udało. Myślę, że to dlatego, że wszyscy inaczej wychowywani są w swoich rodzinach… — ze smutkiem zamyśliła się Irena. — Tak, to jest miłość. Dzięki Bogu, do dziś już 50 lat żyjemy w miłości, tylko w życiu ta miłość się zmienia. Nie było u nas nigdy zazdrości, nie było zdrad. Staraliśmy się pożary gasić śmiechem, żartem. Zawsze wiedziałam, gdzie Staszek jest, co robi, pilnowałam, żeby był zadbany. Rodziła się ogromna wzajemna odpowiedzialność za wszystkich i za wszystko. Jak i przywiązanie, więź.


Trzeba żyć najlepiej, jak się da
— Myślę, że bardzo ważne jest, żeby nie domagać się jedno od drugiego tego, co jest nie do osiągnięcia. Lepiej dać krok wstecz, porozmawiać, wyjaśniać — dodaje Staszek.
Teraz Irenka i Staszek mają czas razem chodzić na spacery, zakupy, pielęgnują działkę, gdzie rosną nie tylko potrzebne w domu warzywa i owoce, a także przepiękne hortensje, liliowce, mieczyki. Jeśli Irenka pracuje w ogrodzie, a Stasio w domu gotuje dla Irenki najlepszą na świecie ulubioną galaretę, czy pasztecik, to on troskliwie zagląda przez okno na działkę, zerka okiem i woła „Czy jesteś tam, Irenko?”. Ona, gotując najsmaczniejszy rosół, lub przygotowując najwspanialszą drożdżówkę, patrzy na niego z kuchni wzrokiem zakochanej licealistki.
— Mój najwierniejszy przyjaciel. Trzeba żyć najlepiej, jak się da, póki się żyje — mówi Irenka.
— Moja największa przyjaciółka — odpowiada Staszek. — Zawsze uśmiechnięta, pełna miłości do wszystkich.
Ludzie, jak to ludzie, przez całe życie szukają wspólnych dróg, gubią się, rozchodzą się na skrzyżowaniach, chodzą bocznymi drogami, szukają wspólnych ścieżek i czegoś, co ich na tych ścieżkach łączy. Mogą gubić drogi, ścieżki mogą się rozchodzić, mijać się. Ale jeżeli są pewni siebie i są razem, nawet nie muszą zapewniać o swojej miłości, oni ją po prostu czują. Wystarczy ciepło dłoni, blask słońca w oczach, pyszna herbatka razem, te same nutki deszczowe na szybie, bliski oddech, przytulenie tylko namiętnym szeptem. 50 lat nadal razem, jednym szlakiem. Akt prawdziwego oddania…? „Nieznana kraina”, w której przeżywają radość i ból, jedność i głębokie niezrozumienie, fascynację, czy dumę ze współmałżonka, ale nieraz i wstyd, zażenowanie, niechęć. Radość, duma, zaszczyt… Jakim cudem 50 lat? Cudem zwyczajnej miłości.

Reklama

Ałła Zarembo

 


 

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości