Wiosna to dla mnie najpiękniejsza pora roku. Razem z pierwszymi, ciepłymi promieniami słońca wszystko wydaje się wyglądać znacznie lepiej. Lubię ten czas, te jeszcze chłodne poranki, ale już z bajecznym wschodem słońca, zapach wilgotnej ziemi po pierwszym wiosennym deszczu na rozległych polach. Dni stają się coraz cieplejsze. Lubię szeroko otworzyć okno, żeby z nadchodzącą wiosną wpuścić może złudną nadzieję, że nagle wszystko stanie się łatwiejsze. A kiedy, jak nie wiosną, mam snuć plany i marzenia? Kiedy, jak nie teraz, chociaż na chwilę nie miałabym zapomnieć o rzeczywistości? Dzisiaj wraz z wiosną nasze życie nie zmienia się w kolorową bajkę. Otaczający świat krzyczy, że to niemożliwe.
Kiedy po raz pierwszy pisałam w „Nowinach Północnych” o swoich przygotowaniach do świąt wielkanocnych w czasie covidowej pandemii, z dziecięcą naiwnością, ale też z wiarą i nadzieją myślałam, że zarazą minie i wszystko, co dobre będzie dopiero przed nami. Wtedy po raz pierwszy w życiu mieliśmy Wielkanoc inną, przez szkło smartfona, telewizora, okna. Strach, obawy, bezsilność, strasznie męczyły. Pandemia w mig przewartościowała wszystkie nasze porządki i wartości. Tylko chyba nauczyliśmy się z nią żyć. Właśnie dlatego przygotowania do Wielkanocy w tym roku były u mnie bardziej tradycyjne.
Czekając na Wielkanoc, jak co roku, do głębszego talerza posiałam jęczmień. Wyrosła zielona łączka, na której postawiłam baranka wielkanocnego z chorągiewką i położę kraszanki – symbol nadziei i zwycięstwa.
Bardzo lubię ten czas przygotowań do świąt. Przenoszę się myślami do czasów swojego dzieciństwa, gdzie najczęściej z babcią Bronią malowałyśmy jajka, siałyśmy jęczmień do talerza. Zanim babcia zamieszkała z moimi rodzicami w Brasławiu, jeździłam do niej na wieś Żwiryno, niedaleko naszego miasteczka. Ta mała chatka była po prostu bajkowa. W maleńkich okienkach wisiały białe, koronkowe firanki. Na parapetach kwitły pelargonie, zieleniły się asparagusy, mirty i aloes. Czyste, pobielone ściany oraz wyszorowane podłogi lśniły czystością. W domu unosił się zapach, który kojarzy mi się do dziś z dzieciństwem. W domku tykał zegar za szklaną szybą szafki. Babcia była stonowana i spokojna, miała gładko zaczesane siwe włosy i spracowane ręce. Często zakładała na głowę lekką chusteczkę. Pilnowała, żeby jęczmień do talerza siać dokładnie, układać na ziemi ziarenko za ziarenkiem, a nie sypać tak palcami, jak teraz mnie korci to zrobić. Później musiałam jęczmień dokładnie przykryć ziemią i uklepać paluszkami. Przebierałyśmy z nią cebulę, żeby odebrać ładne łupinki do malowania jajek. W domu był garnuszek używany raz do roku, wyłącznie do kraszenia. Wyciągałyśmy z wywaru z łupin cebuli żółte, pomarańczowe i prawie brązowe jaja. Kolory były różne, bo zależało to od ilości łupin i czasu trzymania kraszanek w wywarze. Później byłam dumna, jak pozwolono mi posmarować malowane jajka szmatką namoczoną w oleju. Od razu błyszczały i wesoło lądowały jako główny element święconki do koszyczka obok chleba, wędlin chrzanu. Nie mogłam doczekać się, kiedy w Wielką Sobotę zaniesiemy do kościoła poświęcić koszyczek ze święconką.
Babcia nie miała wielu strojów, ale w szykownej, zapinanej pod szyją garsonce szła do kościoła. Dreptałam za nią. Wracałyśmy ze święconką i koszyczek musiał stać w szafce w ganku do śniadania wielkanocnego. Jak było ciepło, to siadałyśmy na wysokim progu domu. Babcia obierała niespiesznie przechowywane przez zimę jabłka i opowiadała. Ale nie bajki w tym czasie, tylko o zwyczajach wielkanocnych. Co roku słuchałam, a jak podrosłam, to razem bywałyśmy na wielkoczwartkowej mszy Wieczerzy Pańskiej. Jest to wspomnienie ustanowienia Eucharystii i kapłaństwa. W Wielki Czwartek po raz ostatni przed Wielkanocą grają organy i dzwonią dzwonki. Później milkną, a ich głos zastępuje klekot drewnianych kołatek. Wszyscy życzą sobie miłości Wielkiego Czwartku, szczególnie kapłanom.
I w Wielki Czwartek u Pańskiej Wieczerzy
Co tak do Wilii z wystawy podobna
Posępne twarze, smutek w sercu leży,
I chociaż suta uczta, lecz żałobna.
Adam Pług
W Wielki Piątek u babci obowiązywała cisza i skupienie. Zabraniała stukać, brzęczeć i hałasować. Był ścisły post i modlitwa. Dla mnie gotowała rybkę złowioną przez ojca w naszych brasławskich jeziorach. Nie widziałam, żeby sama jadła. Pewnie przestrzegała ścisłego postu. Zabierała mnie na drogę krzyżową. Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się mszy. W kościele sprawowana jest wtedy liturgia Męki Pańskiej, celebruje się Drogę Krzyżową. Wszyscy życzą sobie wiary Wielkiego Piątku.
I ten prosty naród wierzy
W Chrystusowe zmartwychwstanie
Władysław Syrokomla – Dni doroczne
W Wielką Sobotę odwiedzałyśmy z babcią grób Pański. Babcia długo klęczała i się modliła. Wracając do domu milczała i była wzruszona. Bałam się zapytać, dlaczego się nie odzywa. Próbowałam o jeden krok przeskakując wyprzedzać ją i zaglądałam czy nie za mocno jest umartwiona. A ona przytulała mnie do siebie swoimi dłońmi i mówiła, że tylko modliła się za nas wszystkich o zdrowie i łaskę zbawienia. Na poświęcenie ognia i wody podczas Wigilii Paschalnej nigdy mnie nie zabierała, pewnie dlatego, że liturgia rozpoczynała się po zmroku. Ale dawała wypić odrobinę wody święconej, co gwarantowało zdrowie, siłę i szczęście. Resztę wody przechowywała pieczołowicie. Kropiono nią pola, zostawiano do kolędy. Z nadzieją już czekało się zmartwychwstania Pańskiego. Wszyscy sobie życzą nadziei Wielkiej Soboty.
A ja bym mocno chciała być znów taką małą dziewczynką i choć jeden dzień spędzić z babcią, poczuć ciepło jej dłoni i razem czekać na zmartwychwstanie. Popatrzeć na otaczający nas świat tak, jak kiedyś, gdy byliśmy jeszcze dziećmi. Z dziecięcą naiwnością, ale też z wiarą, że wszystko, co interesujące i dobre, dopiero przed nami. Dzisiaj, tak, jak rok temu z pokorą czekam na Wielkanoc i głęboko wierzę, że przyniesie nadzieję, miłość i siłę na ten trudny czas…
Ałła Zarembo
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Super się czyta.
Super się czyta.