Stadnina Koni Liski (gmina Sępopol), powstała wiosną 1947 roku. W powojennej zawierusze przyjeżdżały tu rodziny z różnych części Polski. Tu znaleźli też swoje miejsce na ziemi moi rodzice. Wrócili z niewoli z zagranicy. W latach 50. przybyli też tzw. repatrianci z ZSRR. Wszyscy otrzymywali służbowe, darmowe mieszkania i pracę. Tu spotkały się różne kultury i tradycje rodzinne, jednak społeczność szybko się zasymilowała i tworzyliśmy jedną wspólnotę. Tak tez było w Wigilię Bożego Narodzenia.
Święta Bożego Narodzenia mojego dzieciństwa i młodości były bardziej rodzinne. Ówczesne władze wolały wyciszać wszelkie emocje religijne, zatem atmosferą świąt cieszyliśmy się w domowym zaciszu. Mimo wszystko zakład pracy pomagał pracownikom obchodzić ten bożonarodzeniowy czas zgodnie z tradycją. Od 1952 roku dyrektorem stadniny był dr Jacek Pacyński, który dbał o załogę i ich rodziny. Przed Wigilią pracownicy otrzymywali choinki z Leśnictwa Wodukajmy. Każdy miał w chlewku kilka świnek, które samochód ze stadniny wywoził do skupu żywca „GS” Sępopol. Wszytko, żeby pracownicy mieli dodatkowe pieniądze na świąteczne zakupy. Przed świętami było też świniobicie i robienie przetworów mięsnych i wędzenie. W sklepach niewiele było do kupienia, ale wszyscy mieli świeżynkę i swojskie wyroby. Do dziś pamiętam zapach tych wędzonek.
Spóźniona wieczerza wigilijna
Od początku grudnia robiliśmy ozdoby choinkowe ze słomy, ze skorupek jajek i papieru. W latach 50. i 60. bombki były rzadkością. Choinki oświetlone były małymi świeczkami. Często zapalały się od nich choinki. Pamiętam, jak jako 10-latka przeżywałam, kiedy tuż po wigilii zapaliła się choinka i tata wyniósł ją szybko na zewnątrz w śnieg. Na szczęście w tych czasach zawsze było dużo śniegu. Czekaliśmy na pierwszą gwiazdkę, by zacząć wigilię. Pamiętam też, że niejednokrotnie u sąsiadów już śpiewano kolędy po wieczerzy, a ja moi bracia i mama czekaliśmy na tatę. Był zawsze zajęty. W latach 50. był jedynym weterynarzem w Liskach, a koni i krów było wtedy mnóstwo. Często w Wigilię cieliła się krowa, źrebiła się klacz, albo miała kolkę. Jako dzieci nie zdawałyśmy sobie sprawy, że tata musi pomagać zwierzętom i byliśmy z tego powodu bardzo niezadowoleni. W końcu tata wracał do domu i siadaliśmu do spóźnionej wieczerzy wigilijnej i cieszyliśmy się z prezentów. Często w ostatnim momencie zdążyliśmy załadować się na Stara-20 pod plandeką i na twardych zimnych ławkach jechaliśmy do Sępopola na pasterkę. Rokrocznie dyrektor Pacyński zarządzał taki wyjazd dla chętnych służbowym samochodem. Pewnie nie raz musiał się z tego tłumaczyć. Pamiętam, że kończyłam już podstawówkę i w budynku administracyjnym w pokoju państwa Pacyńskich była bożonarodzeniowa msza święta, którą odprawiał ksiądz z rodziny Pacyńskich. Wchodziliśmy przez biuro dyrekcji do mieszkania i pokoju, gdzie był mały ołtarzyk, a nas bardzo dużo. Dyrektor Pacyński tak po prostu ojcował pracownikom i ich rodzinom.
Mak musiał być dokładnie utarty
Bardzo czekaliśmy na święta, Wigilię i prezenty. W moim rodzinnym domu musiał być barszcz czerwony z uszkami, choć u sąsiadów była zupa grzybowa. Na stole nie mogło zabraknąć ryby smażonej i w galarecie oraz śledzi w różnych smakach, pierogów z kapustą i grzybami, ale u sąsiada były ruskie pierogi. Mama przygotowała zawsze kluski z makiem, a sąsiadka stawiała kutię na wigilijny stół. Obowiązkowo był kompot z suszonych owoców lub kisiel z żurawiną. Ciasta były różne, ale zawsze były makowce i pierniki. Tata nie pomagał w kuchni, jednak przed świętami, gdy mama zaparzyła mak to siadał na taboret i ucierał go wałkiem w glinianej misce. To nie było łatwe, a mak musiał być dokładnie utarty. Czekaliśmy na prezenty i Mikołaj zawsze coś fajnego nam przynosił. Jak mama to zdobywała trudno powiedzieć, ale w Bartoszycach zawsze coś kupiła. Mój brat pewnie już 10-letni dostał od Mikołaja piękną drewnianą skrzyneczkę z różnymi narzędziami. Bardzo się z tego prezentu cieszył i do dziś ma jeszcze tę skrzyneczkę z tamtego już wieku.
Po świętach chodzili kolędnicy. To my młodzież układaliśmy życzenia dla każdej odwiedzanej rodziny. Mój brat Jarek grał na akordeonie, jego obecna małżonka była aniołem, mieliśmy trzech króli i diabełka. Diabełek był najlepszy, najweselszy i bardzo dokazywał, a był nim Bronek Pakosz. Chętnie byliśmy przyjmowani i obdarowywani słodyczami. Odwiedzaliśmy nie tylko Liski, ale i Roskajmy.
Umieliśmy się organizować,
angażować i dobrze bawić
Później, kiedy podrosłam brałam udział w liskowskich zabawach sylwestrowych. Zawsze były w świetlicy. Składaliśmy się na zespół muzyczny, a resztę organizowaliśmy sami. Były dekoracje i własne domowe jedzonko. To były zabawy do rana, które prowadziłam z bratem Jarkiem. Umieliśmy się organizować, angażować i dobrze bawić. Dyrekcja zawsze wspierała takie inicjatywy. Współpracowaliśmy też z Bartoszyckim Domem Kultury. Woziliśmy dzieci z zimowiska na choinkę do domu kultury, a bywało, że pani dyrektor Janina Jocek przyjeżdżała z pracownikami, by przeprowadzić zabawę choinkową dla dzieci w naszej świetlicy. Bywał tu pan Adam Malinowski z żoną, była Jola Lamka z domu Hryniewiecka i inni.
Zabawy choinkowe dla dzieci były organizowane w każdym gospodarstwie naszej stadniny, w Judytach, Zawierszu, Domaradach i Przewarszytach. Dzieci otrzymywały skromne paczki, ale bardzo się z nich cieszyły. Dostawały czekoladę, herbatniki, dwa jabłka, pomarańczę, cukierki raczki lub krówki, jakiś batonik lub wafelek. To, co „GS” w Sępopolu lub w Bartoszycach miał, to było w tych paczkach. W Bartoszycach był sklep na rynku koło Bramy Lidzbarskiej tzw. sklep pana Domaszewicza. Tam zawsze było coś dobrego, nowego i ogólnie trudnego do dostania. W tamtych czasach tj. w latach 50. i początku lat 60. na dzisiejszy bartoszycki kwadrat, a dawniej rynek wjeżdżało się wozem, bryczką, taczanką. Był tylko jeden sklep mięsny, jedna apteka, jedna księgarnia, a w sklepie „Bata” kupowało się buty.
Świetlica w Liskach była przez lata jedyną placówką kulturalną, a na zabawy choinkowe przychodziły całe rodziny. Była wtedy tak wypełniona, że trudno było się ruszyć. Były też drugie drzwi ewakuacyjne najczęściej zapchane widzami. Bardzo miłe wspominam tamte czasy, bo byliśmy młodzi, pełni zapału i byliśmy jedną wielką rodziną, co dziś już się nie zdarza…
Elżbieta Stankiewicz
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Piękne wpomnienia
Piękne wpomnienia