Choć przez lata trzymała swoje wiersze w szufladzie, dziś z odwagą dzieli się nimi z czytelnikami. Aneta Przybyłek – poetka z Bartoszyc – w rozmowie z Jerzym Sałatą opowiada o nieoczywistej drodze do debiutu, o przypadkach, które są znakami, i o nowym, dwustronnym tomiku, w którym „las gubi”, ale też „mówi”.
– Wiadomość, że w niecałe dwa lata od wydania Twojego debiutanckiego tomiku wierszy pracujesz już nad drugą książką poetycką, zaskoczyła mnie. Przecież nie bardzo wierzyłaś, wręcz byłaś przeciwna wydawaniu książkowo swoich wierszy. Mam nadzieję, że uwierzyłaś w namacalną „siłę książki”. Skąd ten zwrot w Twoim rozumowaniu?
– To prawda, byłam przeciwna. Był nawet taki czas, kiedy próbowałam zwalczyć w sobie tę przypadłość pisania. Walka okazała się nierówna, więc uległam. Piszę nadal i pozwalam, by pewna wrażliwość, która każe mi zwrócić uwagę na wiele mniej i bardziej istotnych spraw w życiu, miała swoje ujście. Pierwszy tomik, choć niektórzy twierdzą śmiało, że tom – „Ścieżki mego życia” – powstał, gdyż coraz częściej słyszałam pytanie: „kiedy tomik?”. A więc obrałam datę wydania na listopad 2023, jako taki jubileusz 30-lecia mojej „szufladowej twórczości”. Obecny to propozycja kolegi po piórze. Podczas warsztatów literackich w kwietniu 2024 roku w Nysie wpadł na pomysł, byśmy włożyli swoje wiersze w jedną książkę. Trochę mnie to zaskoczyło, ale jeszcze bardziej zaciekawiło. I choć nie byłam gotowa, aby w tak krótkim odstępie wydać drugi tomik, gdzieś głęboko poczułam, że to może być bardzo twórcze wyzwanie. Nie myliłam się – rzeczywiście okazało się to niezwykle kreatywnym przedsięwzięciem, zarówno dla nas, jako autorów, jak i dla Wydawcy, przez co Wydawnictwo św. Macieja Apostoła w Lublińcu wzbogaciło się o dość oryginalną i ciekawą edytorsko pozycję.
– Myślę, że Twój pierwszy tomik „Ścieżki mego życia”, choć biegnie tuż obok starych rozmyślań, nie jest przeszkodą dla nowych. Czy pracując nad nową książką, odczuwasz tę kontynuację?
– „Ścieżki…” jak to ścieżki – biegną różnie. W ludzkim mózgu również istnieje wiele ścieżek – na zasadzie połączeń neuronalnych. Toteż przemyślenia stare wchodzą w nowe i wyrażają się często głębiej, a czasem idą w takim kierunku, gdzie jeszcze mnie nie było. I to jest bardzo ciekawe, motywujące, a zarazem satysfakcjonujące. A póki co „Ścieżki…” trafiają pod strzechy. Mam nadzieję, że nie tylko domów, ale przede wszystkim – refleksji. Myślę, że każdy kolejny zbiór moich wierszy będzie miał znamiona poprzednich. Nowy tomik zatytułowany: „Las gubi / Las mówi”, jako że poniekąd „wyszedł” z lasu, jest metaforą życia. Wszak życie gubi, bo jest lasem – z ludzi, doświadczeń, emocji.
– Mija czas, dni uciekają, zamieniają się w lata, w bogatsze doświadczenie, lepsze rozeznanie się w osobistej twórczości, biografia pęcznieje... Jak to się ma do postaci samej Anety Przybyłek?
– Aneta jest taka sama jak była. Po prostu znalazła sposób, by wyrażać siebie, podzielić się swoim wewnętrznym światem – i niczego to w niej nie zmienia. To tak jak rzeka, która płynie. Zmierza ciągle w tym samym kierunku. Czasem ma mniej lub więcej wody. Czasem ta woda jest bardziej lub mniej przejrzysta. Czasem nad nią jest mniej lub bardziej zielono. Biografia mi pęcznieje głównie z powodu wieku i doświadczeń – również tych związanych z poezją. Czas, jak każdemu, tak i mnie ucieka, ale mam jego zapis w sercu, w głowie, na papierze, na zdjęciach. Czy mam lepsze rozeznanie w osobistej twórczości? – wątpię. Tego, co napisałam, jest tyle, że nieraz tracę już rozeznanie. Dlatego wydanie tomiku jest takim „stop” – by się zatrzymać, zastanowić: co, gdzie, ile i po co? Bo wtedy trzeba wiersze wybrać. Wówczas też czytam o rozeznaniu innych – bo przecież powstają recenzje, i one są dla mnie na tyle ważne, by dowiedzieć się o orientacji z zewnątrz w tym, co piszę. I póki ona jest – idę dalej.
– Doświadczenie edytorskie zdobywa się przez wydawanie własnych wierszy drukiem. Tu dochodzi ślęczenie nad tekstem, wyłapywanie literówek – co nie jest takie lekkie. Jak to się przejawia w Twojej sytuacji?
– Moje wiersze od kilku lat przechodzą przez ważne sito portalu społecznościowego, jakim jest Facebook. Tutaj już zaczyna się to edytorstwo. Grono najbliższych mi osób wie dlaczego. Publikowanie uczy w pewien sposób porządku, dyscypliny, pokory, a zarazem odwagi. Oczywiście można to wszystko mieć w tzw. pakiecie. U mnie tego nie ma, więc przejście przez taki proces jest potrzebne. Literówki wynikają raczej z nowinek technicznych, jakimi posługujemy się przy zapisie tekstu, bo gdyby notować – jak to moja mama mówi – „na piechotę”, to by ich nie było.
Bardzo dużo nauczyła mnie współpraca z Wydawnictwem św. Macieja AP, gdzie oba tomiki zostały zredagowane. Tego procederu nie sposób krótko opisać. Dlatego ogromną wdzięczność mam wobec Edwarda i Czesławy Przebieracz z Lublińca i cały bukiet podziękowań kieruję do kolegi Piotra Hoczyka z Ciechocinka, który od wielu już lat skrupulatnie zbiera moje wiersze, katalogując je w poszczególne roczniki i tytułując jako „Niecodzienniki”.
– Tak po prawdzie, przypadek zawyrokował o wydaniu kolejnego tomiku wierszy?
– Jak już wspomniałam, kolega po piórze – Piotr M. Nowak z Bogorii – zaprosił mnie do zrealizowania swojego pomysłu, którym potem miałam ogromną przyjemność się zajmować, współpracując ze wspomnianym Wydawnictwem. Żeby było nas więcej, do tej publikacji zaprosiłam Pawła Ulaniuka z Galin. A że obaj z Piotrem mają wspólne – z racji zawodu – „leśne korzenie”, dokładając do nich swoje „zagubienie”, powstał dość oryginalny, bo dwustronny tomik, w którym pewnego rodzaju dopowiedzenia poetyckie stanowią piękne fotografie.
A ponieważ przypadek – w ujęciu ks. Jana Twardowskiego – jest „starannie przygotowany”, toteż mocno wierzę, że i ten taki był – zarówno w czasie zaistnienia, jak i na finiszu. Tym bardziej, że tzw. egzemplarz sygnalny dotarł do mnie w przeddzień Międzynarodowego Dnia Poezji. I tak moją i Piotra poezję łączy okładka – a na niej Symsarna – a rozdziela Pisa Warmińska, urocze rzeki naszego regionu, dzięki Pawłowi utrwalone z lotu ptaka w aurze jesieni i zimy.
– Z tego co wiem, obdarzona jesteś wyrozumiałością ze strony swojej rodziny – tej najbliższej i nieco dalszej. Piszesz wiersze, scenariusze małych form teatralnych i sama reżyserujesz. Może dostrzegłaś nowe, ciekawe spostrzeżenia w stosunku do siebie ze strony rodziny? Pewnie miłe jest to, jak bliscy darzą Cię szacunkiem?
– W mojej rodzinie, co ciekawe, nie ma i nie było żadnego miłośnika poezji. Co prawda tata – mając taką przypadłość, najpewniej po rodzicach – tworzy czasem nieświadomie, podczas rozmów, jakieś neologizmy, a mama pamięta wiele przysłów. Jednak to chyba za mało, by było nam w codzienności jakoś szczególnie poetycko. Szanując ten fakt, nie zmuszam ich, by zaczytywali się w moich wierszach. Drugim powodem jest ich duża ilość, a także spore ryzyko, że mogliby zbyt emocjonalnie do nich podejść. Przecież poprzez poezję kopię w sobie, w rzeczywistości i sytuacjach częściej trudnych niż radosnych. To niesie ze sobą emocjonalny ładunek, którego nie każdy potrafi przyjąć z odpowiednim dystansem.
Moja mama trwa ciągle w zadziwieniu, po kim to mam, że tyle piszę. A więc znalazłam, póki co, wygodne wytłumaczenie – taki humorystyczny, a zarazem „klasyczny” związek. Otóż mój pradziadek od strony mamy nazywał się Wincenty Mickiewicz, a ja urodziłam się tego samego dnia, kiedy na świat przyszła Wisława Szymborska.
I chociaż ten „przypadek” do końca nie rozjaśnia może tego nieba poezji we mnie, jakie dane jest mi – dzięki Bogu – odczuwać, to na pewno w jakiś zabawny, a zarazem przekorny sposób tłumaczy, skąd mi te wiersze się tak „natrętnie” piszą.
A szacunek do tego, co robię – o którym jest mowa w pytaniu – w mojej rodzinie przejawia się w tym, że nikt mnie z mojej drogi pisania nie zawraca. Siostra dopinguje. Tata i brat ciągle się dziwią. Młodszy syn czasem czegoś posłucha. Starszy ma swój mentorski wkład w wygląd nowego tomiku. Szwagier po części rozważa i szuka analogii. Siostrzenica zaczyna bywać na wydarzeniach poetyckich. Siostrzeniec zaproponował swojej wychowawczyni, by zaprosiła mnie do jego klasy. Bratowa, jako nauczycielka, wykorzystuje moje wiersze w edukacji. Bratanice otrzymały debiutancki tomik. A mama – jak to mama – wzrusza się.
– Natomiast jeśli chodzi o małe formy teatralne, to zajmuję się nimi od maja 2023. Jak się to zaczęło i jak rozwinęło?
– Zajmuję się nimi od maja 2023 roku. Wyrosły naturalnie – z konieczności zaprezentowania się uczestników placówki, w której pracuję – Środowiskowego Domu Samopomocy – na pikniku Barei w Centrum „Barka” w Górowie Iławeckim.
Podczas prób humorystycznego spektaklu „Poszukiwany, poszukiwana” okazało się, że odtwórcy ról, bardzo dobrze się bawiąc, uwolnili swój potencjał aktorski i tym samym pokazali, że stać ich na więcej.
Od tamtej pory powstało dziesięć autorskich scenariuszy – i tylko jeden nie doczekał się premiery. Ale może dlatego, że nosi tytuł „W poczekalni”, to musi zaczekać.
– W nowym tomiku swoich wierszy użyczyłaś miejsca innemu poecie. To dość niecodzienne. Jak przyszły czytelnik ma to rozumieć?
– Raczej on mi użyczył, bo pomysł wyszedł od Piotra. Jako poeta wydał już dwa tomiki: „60/60” i „60+”. Kiedy składał drugi, już znaliśmy się z warsztatów literackich w Kielcach – na tyle dobrze, by w zaufaniu pokazać mi swoje wiersze.
Wtedy już poczułam, że wiele z nich leży mi na sercu. Nie pamiętam, czy mu o tym powiedziałam. Ale kiedy zaprosił mnie do wspólnej publikacji, ucieszyłam się, że moje wiersze będą blisko tych, które – według mnie – są bardzo wartościowe pod względem przesłania.
Piotra inspirowała poezja innych autorów niż mnie, a mimo to nasze wiersze potrafiły się w wielu wątkach wzajemnie połączyć.
– To, że w lesie można się zgubić, jest oczywiste. Ale że „Las mówi” – nijak mi się z tym nie zgadza. Myślę, że na to pytanie odpowie sama autorka niniejszego tomiku.
– Nasz wspólny tomik nosi tytuł: „Las mówi / Las gubi” – i już wyjaśniam dlaczego. Piotr, z racji uprawianego zawodu, jest emerytowanym leśniczym. W lesie spędził dziesiątki lat. Śmiało mogę stwierdzić, że las to jego drugi dom – więc na pewno go dobrze rozumie i słyszy.
Sam zresztą wyznał, że chodził „do lasu na wierszobranie”. Stąd tytuł części z jego poezją brzmi: „Las mówi”.
Natomiast część „Las gubi” wynika z mojego, mniej zasobnego doświadczenia – i to nie tylko jeśli chodzi o las i życie – ale też z faktu, że już trzy razy, pomimo mojej dobrej orientacji, zgubiłam się pośród drzew. Za każdym razem jednak – słusznie.
I ten najbardziej pamiętny raz – po to, by odkryć, że las się pali. Było to pewnej październikowej niedzieli, blisko miejscowości Perkujki. Spacerując, trafiłam na dwa miejsca, w których tliło się torfowisko – i co ciekawe, jedno z nich miało kształt serca.
A że serce do lasu mam prawie tak samo ogromne jak do gór, więc o tym fakcie powiadomiłam znajomego leśniczego – pana Edwarda – który zareagował zgodnie z procedurą. Pożar został ugaszony, a leśniczy oznajmił: „Lasy Państwowe dziękują”.
Tytuł tomiku zatem poniekąd podyktowały zaistniałe okoliczności.
– Zauważyłem, że widać Cię nie tylko w Tatrach, ale i w Wielkopolsce, Poznaniu, Kielcach. Śmiało zaczepiasz o klasykę naszej literatury. Tak po prawdzie – co ma wspólnego „Pan Tadeusz” z poetką z Bartoszyc?
– W Tatrach widać mnie od 2007 roku. Co roku spędzam tam urlop, który dzielę w czasie, by móc pojechać częściej niż raz na 12 miesięcy.
W innych rejonach Polski bywam ze względu na udział w warsztatach i weekendach literackich. „Weekend z Panem Tadeuszem” to publikacja książkowa mojego autorstwa, będąca podsumowaniem wydarzeń zorganizowanych we wrześniu 2024 roku przez Wydawnictwo św. Macieja AP, podczas spotkania literatów w Borzykowie.
Obchodziliśmy tam 190. jubileusz powstania epopei narodowej, spędzając razem czas również w Pyzdrach i Śmiełowie, gdzie zwiedzaliśmy m.in. muzea – w tym największe w Polsce, pięknie położone, poświęcone Adamowi Mickiewiczowi.
Wydana na ten temat publikacja (grudzień 2024) zawiera materiał prozatorski, poetycki i fotograficzny. Są tam fraszki, anegdoty i bardzo długi rymowany opis zaistniałych sytuacji. Do jej literackiego zabarwienia przyczynili się dodatkowo: Andrzej Wróblewski z Warszawy, Bogumił Wtorkiewicz z Kielc i Aleksander Ciochoń z Katowic.
Zawarte w książce zdjęcia są autorstwa Joanny Markockiej i stanowią dość istotną część tej – poniekąd humorystycznej i faktograficznej – 96-stronicowej książeczki.
– Długo nie mogłem pomieścić w głowie, że wyróżnienie w Turnieju Jednego Wiersza w Starych Jabłonkach w 1975 r. i późniejsza publikacja debiutanckiego wiersza w „Gazecie Olsztyńskiej” były początkiem drogi poety. Aneto, w jakich okolicznościach uświadomiłaś sobie, że jesteś już poetką?
– To było w listopadzie 2014 roku. Wówczas, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, otrzymałam nagrodę kapituły Fundacji Środowisk Twórczych w Olsztynie – „Talent Roku” – w kategorii Erato – poezji.
Udział w uroczystej gali wręczenia statuetek, na którą udałam się w miłym towarzystwie siostry Iwonki, koleżanki Małgosi Mycio i Twoim – Jerzy – jeszcze mnie do tego nie przekonał.
Przeświadczenia, że „coś w trawie piszczy”, nabrałam dopiero po relacji tego wydarzenia w telewizyjnej „Panoramie”, kiedy oglądając siebie w krótkiej wypowiedzi na temat tego, czym jest dla mnie poezja, zobaczyłam napis:
„Aneta Przybyłek – poetka”.
Wówczas poczułam powiew ciepłego, a zarazem życzliwego wiatru w żagle mojej ukochanej pasji, jaką jest poezja, a w której otuleniu dane jest mi być od 1993 roku.
– Dziękuję za rozmowę.
Jerzy Sałata
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze