Reklama

Najpiękniejsze miejsca świata oczami Piotra Ferenca – rozmowa z podróżnikiem z Bartoszyc

Redakcja Nowiny Bartoszyce
08/11/2025 06:35

Zaczytywał się w Szklarskim i Fiedlerze, dziś sam pokazuje światu jego piękno. Piotr Ferenc, bartoszyczanin z wyboru i z miłości, od lat przemierza kontynenty autobusem, z aparatem i nieodłącznym towarzyszem – Krecikiem. O podróżach, wierze, pasji i wdzięczności za życie opowiada w kolejnej rozmowie z Anetą Przybyłek.

Piotrze, czy pamiętasz od kiedy pasja podróżowania zagościła w Twoim życiu? Jakie były początki Twojej fascynacji poznawania różnych zakątków świata?

— Gdy byłem małym chłopcem, a wiadomo mieliśmy wtedy w telewizji tylko jeden program, wówczas dzieci i młodzież czytali książki, więc ja również. Szczególnie lubiłem przygodowo - podróżnicze. Zaczytywałem się Szklarskim, który pisał bardzo interesująco, m.in. serią o przygodach Tomka Wilmowskiego. Najważniejszym jednak autorem był dla mnie Arkady Fiedler - podróżował, zwiedzał, nagrywał filmy. Później pasja czytania przerodziła się w chęć „pozyskania”- zobaczenia tego świata własnymi oczami. To się spełniło. Kiedy skończyłem etap pracy zawodowej, w 2007 r., postanowiłem zrobić prawo jazdy na autobus i skorzystać z możliwości podróżowania w różne części Europy. Chciałem być w Petersburgu, więc go zobaczyłem, chciałem pojechać do Moskwy, udało się. Kolejno  był Rzym a „wisienką na torcie” Paryż. I tak moja przygoda podróżowania rozkręcała się i szczęśliwie trwa do dziś.

Reklama

Wiem, że Bośnia i Hercegowina, gdzie też miałam okazję być podczas zeszłorocznej pielgrzymki do Medjugorie, gościła Ciebie wielokrotnie. Dlaczego lubisz tam wracać? Czy na mapie Twoich podróży są jakieś szczególne miejsca, do których Ciebie ciągnie?

— Jest kilka takich miejsc. Natomiast Bałkany fascynowały mnie od zawsze. Wspominając trwającą prawie cztery lata wojnę domową, która dotknęła Jugosławię, w latach dziewięćdziesiątych, tym bardziej upodobałem sobie Bośnię. To naprawdę piękny, górzysty i spokojny kraj. Mam też sentyment do Albanii, Czarnogóry i Chorwacji. Bośnia i Hercegowina jednak szczególnie mnie zaciekawiła, i może dlatego historię tego kraju znam na tyle dobrze, by móc się nią dzielić. Wspomniałaś pielgrzymkę do Medjugorie, które to miejsce jest dla mnie ważne chociażby z racji tego, że jestem człowiekiem wierzącym. Byłem tam siedemnaście razy, a bywając w Europie prawie we wszystkich miejscach kultu Maryjnego, Medjugorie jest dla mnie jeszcze takim nieskazitelnym miejscem, ponieważ nie ma tam takiego biznesu, na jaki nastawiona jest chociażby Fatima. Stamtąd można wybrać się do Mostaru, czy na wodospady Kravica, a po drodze zwiedzić Blagaj ze słynnym klasztorem Derwiszów. Ale o tym innym razem…

Reklama

Ameryka, sądząc po wielokrotności podróży po niej, wydaje się być Twoim drugim domem. Czy można już tak powiedzieć, czy masz jakieś inne miejsce, w którym najchętniej byś się zadomowił?

— To stwierdzenie jest trochę na wyrost. Byłem tam tylko osiem razy, choć z drugiej strony mogę powiedzieć, że byłem tam aż osiem razy. Po Ameryce przejechałem ponad 60 tysięcy km. Nie jest to mało, ponieważ ludzie nieraz przez całe życie nie przekręcą tyle. Śmieję się, że jadąc tam jedynie na samym wstecznym być może robię więcej, niż niektórzy kierowcy przez cały rok.  Ameryka fascynowała mnie od zawsze. Odkąd zacząłem czytać cykl Karola Maja, o szlachetnym wodzu Indian Apaczów Mescalero, Winnetou, chciałem zobaczyć tamtejsze góry i prerie. Później, w szkole podstawowej, na lekcjach geografii moje pragnienie potęgowało oglądanie zdjęć  Wielkiego Kanionu Kolorado, gejzerów Yellowstone i bizonów z filmów o kowbojach. Zawsze chciałem zobaczyć prawdziwego Indianina, nie mówiąc o Indiance… Kiedyś byłem na Sardynii i tam poznałem właściciela biura turystycznego, który zaproponował mi wyjazd z grupą do Stanów Zjednoczonych. Idąc więc za myślą, że „nie święci garnki lepią” przystałem na tę propozycję. Po kilku miesiącach przygotowań poleciałem do Los Angeles, skąd wyruszyliśmy w 22. dniową podróż po siedmiu stanach USA. I już w trakcie tego wyjazdu byłem nie tylko kierowcą, ale też pilotem, a nawet przewodnikiem, i jako że już wówczas jak to się mówi „sprawdziłem się”, owe biuro turystyczne dotąd korzysta z „pakietu” moich usług. Czuję z tego powodu satysfakcję i swoiste spełnienie, a każdą kolejną podróż traktuję jako wyzwanie. Przemierzając Stany Zjednoczone odwiedzamy kilkanaście parków narodowych, poruszamy się po legendarnej drodze nr 66 (Route 66), gramy w kasynach Reno i Las Vegas, płyniemy na wyspę Alcatraz, w stanie Utah odwiedzamy świątynię Mormonów, biegniemy jak Forrest Gump przed Doliną Pomników, czyli Monument Valley, po czym naszą przygodę wieńczymy zachodem słońca nad Pacyfikiem, na plaży w Santa Monica. Natomiast zamieszkać na stałe mógłbym w Portugalii w miasteczku Nazare nad Atlantykiem, które mnie zauroczyło w 2013 r. , dlatego kiedy tylko mogę lubię tam wracać.

Reklama

A co sądzisz o naszej Polsce? Czy u nas też odnajdujesz miejsca, w których dobrze się czujesz?

- W Polsce jest wiele pięknych miejsc, w których można się zakochać i chcieć do nich wracać. Póki co najbardziej upodobałem sobie Góry Izerskie w Karkonoszach. Lubię Szklarską Porębę, a szczególnie miejsce o nazwie Orle i… pierogi w miasteczku Leśna obok tajemniczego Zamku Czocha. Tak cicho marzę (teraz głośno), aby kupić sobie kiedyś przyczepę campingową i „przeciągnąć” nią po całej Polsce. Może będzie jeszcze okazja, abym opowiedział więcej o tych miejscach w Polsce, które mnie zauroczą.

Reklama

Uważasz, że Bartoszyce to miasto, które może być interesujące turystycznie? Czy widzisz jednak w naszym regionie bardziej imponujące miejsca?

- W Bartoszycach mieszkam już ponad 50 lat i uważam, że jest to miejsce wielu potencjałów. Miasto jest ogólnie ładne, czyste i ma bogatą historię i można o niej opowiadać godzinami. Jednak trochę rzeczy do szczęścia mi tu brakuje. Uważam, na przykład, że należy popularyzować spływy kajakowe malowniczą rzeką Łyną, gdyż mamy ogromną szansę być konkurencyjni wobec, tak obleganej i tym samym tracącej na atrakcyjności, Krutyni. Powinniśmy starać się wykorzystać walory przyrodnicze naszego regionu w celach szerszej rekreacji. Pocieszam się tymczasem, że tzw. „pięć minut” Bartoszyce mają jeszcze przed sobą…

Reklama

Twoje prezentacje multimedialne, wzbogacone ciekawymi opowieściami, można było wielokrotnie obejrzeć w „Klubie Podróżnika”, funkcjonującym przy Miejskiej Bibliotece Publicznej w Bartoszycach. Co sądzisz o takiej formie dzielenia się swoimi turystycznymi zainteresowaniami? Czy masz jakieś inne pomysły?

- Do Klubu Podróżnika trafiłem dzięki państwu Halinie i Andrzejowi Białeckim. Będąc kiedyś na prelekcji, dotyczącej Korei Południowej, zagadałem z Andrzejem, jako prezesem tego klubu, czy i ja nie mógłbym podzielić się kolekcją swoich podróży, która już wtedy była pokaźna. Jak dotąd odbyłem już 10. takich spotkań, choć w zanadrzu posiadam jeszcze dużo materiału, który w podobnych celach chciałbym wykorzystać. Stąd też dziękuję Ci Aneto za możliwość wizyt w Środowiskowym Domu Samopomocy, gdzie zaprosiłaś mnie także w roli podróżnika, który swoją pasją może się podzielić. Ta forma przekazu tym bardziej cieszy, ponieważ zdaję sobie sprawę, że spora część widowni być może nigdy w życiu nie będzie miała możliwości dotarcia do miejsc, w których udało się się być. Pozytywny odbiór moich prezentacji działa na mnie mobilizująco.

Reklama

Powiedz nam teraz kim jest Krecik? Z tego, co wiem wzbudza on zainteresowanie wielu osób i niesie im swoistą radość. Dlaczego?

— W każdym z nas drzemie coś z dziecka. Jeden to wygasza, inny przekłada chociażby na posiadanie jakiegoś gadżetu. Krecik jest dla mnie takim radosnym odniesieniem do dzieciństwa, a zarazem już teraz symbolem moich podróży. Kiedyś go znalazłem. Trochę źle wyglądał. Zsunięta czapka przesłaniała mu widok. Zatem postanowiłem mu ją poprawić i pokazać nieco świata szerzej. Zaczęliśmy od podróży do Paryża, gdzie zwiedził ze mną Luwr, popływał po Sekwanie, a potem  towarzyszył w podróży przez góry Szwajcarii, Włoch i moje ulubione Bałkany. Kiedy zabieram Krecika ze sobą na prelekcje, już sam jego widok na fotografiach wzbudza wiele pozytywnych emocji, a tym bardziej, kiedy można go dotknąć. Wielu miłośników spotkań w Klubie Podróżnika i w ŚDS, spotykając mnie na ulicy, pyta z zaciekawieniem, kiedy będą kolejne okazje, by spotkać Krecika. Jest to dla mnie  miłe, gdyż potwierdza, że mój przyjaciel, bo tak już go nazywam, został zaakceptowany przez innych jako mój stały towarzysz, choć zdarzył się pewien wypadek z jego udziałem, ale o tym może opowiem innym razem…

Reklama

Czy przewodnik turystyczny to dobre określenie, by móc tak o Tobie myśleć, czy raczej wolałbyś inaczej o sobie powiedzieć?

— Przewodnik turystyczny to określenie trochę na wyrost. Faktem jest, że przed wyprawą do Ameryki dużo czasu poświęcam historii i geografii tego miejsca, a potem dzieląc się tym, mogę nieraz czuć się jak przewodnik, także w trakcie wyjazdów. Jednak jestem przede wszystkim kierowcą autobusu turystycznego czasem z funkcją pilota wycieczek. Kto wie, może kiedyś zrobię uprawnienia przewodnika, chociażby po Bartoszycach.

Reklama

Czy oprócz podróżowania masz inne pasje albo zainteresowania, dzięki którym możesz się realizować, relaksować lub budować?

— Kiedyś był tego dość szeroki wachlarz. W dalszym ciągu czytam i słucham muzyki. Interesuje mnie historia, geografia, turystyka i dobre kino. Lubię poznawać nowych, ciekawych ludzi, a każdy swój wyjazd traktuję jako inwestycję w siebie, która procentuje. W wolnym czasie chętnie wracam do swoich ulubionych filmów. Jednym z nich jest „Siedmiu wspaniałych”. Może dlatego, że znalazłem w nim wiele inspirujących mnie momentów. Ciągle jestem ciekawy świata. Miejscowości małych i dużych. To, co zobaczyłem w Europie i w świecie wzbudza we mnie refleksje, że być może trudno mnie jeszcze czymś zaskoczyć, ale w rzeczy samej tak nie jest.

Reklama

Liczysz swoje podróże, opisujesz je gdzieś? W poprzednich „Nowinach Północnych Bez fikcji” pojawił się, w ramach realizowanego przez Ciebie cyklu „Podróże, które mnie zmieniły…”, ciekawy opis a zarazem zachęta, by odwiedzić Bałkany. Czego możemy się jeszcze spodziewać w najbliższym czasie? Gdzie byś chciał zabrać czytelników „Nowin…”

— Kiedyś liczyłem. Dziś już jest mi, ze względu na ich ilość, coraz trudniej. Dziękuje przy okazji „Nowinom…” za możliwość podzielenia się moją pasją podróżowania w tym cyklu. Jest to ciekawa forma tym bardziej, że mogę dotrzeć do większego grona osób i być może zachęcić kogoś do skorzystania z bogatej oferty turystycznej, jaka się w ostatnim czasie świat przed nami otwiera. Postaram się, aby cykl „Podróże które mnie zmieniły…” był na tyle atrakcyjny i motywujący, aby niejednego wyciągnąć z domu i tym samym zachęcić do zwiedzania i podziwiania naszego ziemskiego globu.

Reklama

Na portalu społecznościowym dzielisz się wrażeniami i fotografiami ze swoich podróży, kończąc je słowem, tak jakby podpisem, Howgh! Powiedz, co to znaczy?

— Portal społecznościowy traktuję trochę jako reklamę miejsc, w których mogłem być, a które też warto zwiedzić. Jako że jestem starym Indianinem - wymyślonym, właśnie tym słowem kończę pisaniny swe, co oznacza „koniec, skończyłem”, a więc Howgh!

Piotrze o czym marzysz, za co jesteś wdzięczny, co motywuje Cię najbardziej, by rano wstawać i patrzeć z nadzieją w przyszłość?

— Marzę o tym, by ten świat stawał się lepszy, bardziej dostępny i aby było można w nim odnaleźć więcej spokoju. Motywację mam dopóki jestem zdrowy, bo wtedy mogę z nadzieją spojrzeć w okno, nie bojąc się wyzwań, jakie stawia przede mną życie i jakie sam sobie wyznaczam. Chciałbym wiele jeszcze zobaczyć, kogoś jeszcze być może tym zarazić i uwierzyć, że miłość jest wartością największą.

Dziękuję za rozmowę i…HOWGH!!!

Aneta Przybyłek

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości