Nie żyje Franciszek Pakuła, najstarszy mieszkaniec gminy Sępopol i jeden z najstarszych mieszkańców województwa warmińsko-mazurskiego. Miał 105 lat. W lipcu 2021 roku odwiedziła go Ałła Zarembo. Powstał tekst, który opublikowaliśmy wówczas w „Nowinach Północnych”, a dziś po niewielkich modyfikacjach publikujemy na naszym portalu.
Pana Franciszka poznałam w październiku 2018 roku, w miejscowości Smolanka, (gmina Sępopol), kiedy to z „Warmiankami Sępopolskimi” winszowaliśmy zacnemu jubilatowi jego setnych urodzin. Pełen energii i radości śpiewał i tańczył razem z nami. Wszyscy podziwialiśmy jego doskonałą formę. Kiedy odwiedziłam go w lipcu 2021 roku, za bramką drewnianego płotu przywitał mnie sędziwy pies. Podprowadził do drzwi domu, wpuścił, a pan Pakuła zaśmiał się, że są w podobnym wieku. Jak przyszło na bankowca, wyliczał, że urodził się w roku odzyskania niepodległości przez Polskę, tylko jeden miesiąc, jeden tydzień i jeden dzień przed tak ważną datą, czyli 2 października 1918 roku.
Przerwał naukę, bo nie miał butów
Przyszedł na świat w miejscowości Wrzosowo, województwo lubelskie, w rodzinie Józefa i Feliksy. Ojciec był cieślą i prowadził z żoną maleńkie gospodarstwo. Wychowywali dzieci: starszego od Franciszka brata Wacława i młodszego Sylwina oraz najmłodszą siostrę Eleonorę. W wieku siedmiu lat Franio poszedł do pierwszej klasy szkoły powszechnej we Wrzosowie. Był bardzo zdolnym chłopcem, lubił się uczyć. Nie było przedmiotu, który nie ciekawiłby pilnego ucznia. W nauce wspierała go babcia, która w domu uczyła dodatkowo języka polskiego. Kiedy w 1927 roku ukończył dział II (2 klasa), w czerwcu wydarzyło się nieszczęście. Piorun uderzył w dom sąsiada, pana Morawika, w którym rodzina Pakułów mieszkała na czas budowy własnej izby. Dom spłonął z całym dobytkiem. Poparzona mama i starszy brat z trudem uratowali młodsze rodzeństwo. Franek po tym wydarzeniu stracił słuch na dwa tygodnie. Do trzeciej klasy szkoły powszechnej chłopiec musiał pójść w miejscowości Tchórzewko. Chodził do pierwszych mrozów, potem przestał, bo nie miał butów, ani ubrań. Kiedy wiosną wznowił naukę, szybko nadrobił zaległości. Jako prymus zdał do IV oddziału Szkoły Powszechnej w Tchórzewku.
Pierwszy raz z własnego talerza,
a nie ze wspólnej miski
Pan Franciszek wyciągnął z szuflady pudełko z dokumentami. Pokazał oryginalne świadectwo szkolne z roku 1929/30, że ukończył oddział IV z wynikiem bardzo dobrym. Nie ma tam ani jednej innej oceny oprócz piątek. Drugie ważne zaświadczenie z roku szkolnego 1932/33 Publicznej Polskiej Szkoły Powszechnej w Tchórzewku, powiat Radzyń świadczy, że Franciszek Pakuła ukończył oddział VII z wynikiem dobrym i z wyróżnieniem.
– W naszej szkole siedmioklasowej były wysokie wymagania – wspomina. – Niewielu uczniów kończyło siódmą klasę. W VI klasie było nas razem trzynaścioro, ale siódmą skończyło już tylko siedmioro. Bardzo dotkliwa była bieda. Jak kierownik szkoły, Pan Badykuła, zapraszał uczniów na świąteczny poczęstunek do swojego domu, to nie miałem odpowiedniego ubrania. Pożyczał mi je syn sołtysa, za którego odrabiałem lekcje. Dostawałem od niego nieraz brystol i ołówki, i wtedy mogłem pisać i rysować mapy. Na takim poczęstunku pierwszy raz jadłem z własnego talerza, a nie ze wspólnej miski. Pani Badykuła pokazała jak posługiwać się sztućcami. Tam dowiedziałem się, do czego służy cukier.
Franek bardzo chciał uczyć się dalej, ale rodzice nie mieli pieniędzy. Wysłali go w okolice miejscowości Siemienia, do stelmacha i kołodzieja, gdzie nauczył się sztuki robienia kół i wozów drewnianych. Latem, ze swoim stryjem pracował na budowie domów w okolicznych miejscowościach jako cieśla, a zimą wyrabiał koła do wozów. Bardzo lubił prace kołodzieja, starannie wykonywał koła. Klienci z okolic chętnie kupowali i składali więcej zamówień.
Podczas okupacji
zatrudniał pracowników
W 1939 roku stanął na komisję wojskową, ale do wojska nie został powołany i pracował już w swoim warsztacie. Franciszek miał tak dużo zamówień, że musiał podczas okupacji zatrudniać „po cichu” dwóch pomocników. W warsztacie były wykonywane naprawy, ale i robiono dużo nowych elementów. 4 lipca 1943 roku Franek złożył egzamin czeladniczy i został mianowany czeladnikiem rzemiosła kołodziejskiego. Otrzymał dyplom mistrza wypisany po polsku i po niemiecku, który został zarejestrowany w niemieckim "ARBEITSAMT". Wówczas dostał nakaz pracy w majątku we Wrzosowie i mógł legalnie zatrudnić pracownika.
Brat złapał za granat
– Przez sześć tygodni „jak bombardowali Norwegię” w warsztacie pracowali niemieccy żołnierze – opowiada pan Franciszek. - Kwaterowali w pałacu we Wrzosowie i wyrabiali skrzynie. Nie mówili do czego będą służyły. Mnie do pracy ani do pomocy nie dopuszczali. Za korzystanie z warsztatu przynosili zupę. Skrzynie robili w dzień, a w nocy po cichu dorabiałem naszym partyzantom drewniane kolby do karabinów. Często z bratem przekazywaliśmy do dowódcy naszych partyzantów tajne dokumenty. Jednego razu w naszej wsi zatrzymał nas patrol niemiecki. Dokumenty miałem schowane w rękawie. Baliśmy się, że Niemcy przeprowadzą kontrolę osobistą. Widziałem jak brat sięgnął za pazuchę. Niemcy spytali tylko dokąd idziemy, wsiedli na rowery i odjechali. Przerażeni wielkimi oczami patrzyliśmy na siebie. Brat powiedział później, że był gotów wyciągnąć granat nie zważając na nasze życie.
Założył bank w Sępopolu
W 1947 roku pan Franciszek osiedlił się w Smolance, w gminie Sępopol. Prowadził czternastohektarowe gospodarstwo, hodował bydło, trzodę. Sumiennie i rzetelnie pracował w swoim gospodarstwie, za co niejednokrotnie bywał wyróżniany. Posiada dyplom za uzyskanie dobrych wyników produkcyjnych w roku gospodarczym 1968/69 i uznanie go przez wieś przodującym rolnikiem.
– Żeby załatwiać sprawy finansowe, rachunkowe, trzeba było jeździć do Bartoszyc – mówi pan Franciszek. – Nasze gminne miasteczko Sępopol, było o wiele bliżej. Zacząłem rozmawiać w Bartoszycach jak można utworzyć w Sępopolu chociaż Kasę Bankową. Odbyłem sześciotygodniowy kurs dla księgowych w Bartoszycach. Znalazłem jeszcze kilka osób i założyliśmy Gminną Kasę Spółdzielczą w Sępopolu. Ze wzruszeniem pan Franciszek pokazuje oprawiony w ramkę dokument Dziennik Ustaw Rzeczpospolitej Polskiej nr 82, który dostał z okazji swoich setnych urodzin od przedstawicieli Banku Spółdzielczego w Bartoszycach, z którego wynika, że 23 grudnia 1949 roku powstała „Gminna Kasa Spółdzielcza w Sępopolu”. Założycielami jej byli: pan Dużyński Edmund (Sępopol), pan Sielewicz Wincenty (Długa Wieś), pan Bohun Michał (Wiatrowiec), pan Bącik Józef (Smolanka), pan Żyła Jan (Sępopol), pan Todorowski Franciszek (Roskajny), pan Stanel Jan, pan Pakuła Franciszek (Smolanka), pan Gadomski Antoni (Sępopol). Po roku pracy Franciszek Pakuła został oddelegowany na miesięczny centralny kurs w Świdrze pod Warszawą, który jako jeden z nielicznych ukończył pomyślnie. Został pierwszym kierownikiem Gminnej Kasy w Sępopolu, która przekształciła się w Bank Ludowy, a obecnie jest częścią Banku Spółdzielczego w Bartoszycach.
Mistrz kołodziej
Po kilku latach, z powodu nadmiaru obowiązków i przeciążenia żony pracą w gospodarstwie, zrezygnował z pracy w banku. Były też naciski zwierzchników, by wstąpił do PZPR, czego nie uczynił. Wiedział też, że znalazły się kompetentne osoby, które poprowadzą bankowość. Jednak dalej wspierał swoją wiedzą, doświadczeniem i mądrymi radami pracowników KS. Po tym fakcie postanowił wrócić do swojego jednak ukochanej zawodu kołodzieja. Wynajął wagon kolejowy i przetransportował z Wrzosowa do Smolanki swój warsztat, tokarnię i materiały, które tam jeszcze zostały. 5 września 1956 roku złożył egzamin mistrzowski w rzemiośle „kołodziejstwa”, otrzymał dyplom mistrzowski z prawem używania tytułu mistrz kołodziejstwa (pojazdowe), wydany przez Komisję Egzaminacyjną Mistrzowską przy Izbie Rzemieślniczej w Olsztynie.
Pan Franciszek wykonał mnóstwo bryczek, wozów i kół. Był bardzo znanym i cenionym mistrzem kołodziejstwa w okolicznych miejscowościach gminy Sępopol. Z naszej rozmowy wynikło, że w swoim gospodarstwie posiadam drabiniasty wóz, który zrobił na zamówienie mojego teścia, Rafała Zarembo. Wóz był używany przy pracach w czasie sianokosów.
Bóg karze tak długo żyć...
Pan Franciszek dzisiaj jest na zasłużonym odpoczynku, cieszył się, że zdrowie w te ponad 103 lata jeszcze „nie najgorsze”, a Bóg karze tak długo żyć. Miał doskonałą pamięć i jasny umysł. Bardzo szczegółowo i emocjonalnie opowiadał o umiłowanym Wrzosowie, o tamtych czasach, ludziach i wydarzeniach. Kiedy obchodził swój zacny jubileusz setnych urodzin, otrzymał podziękowania i życzenia od Pana Prezydenta RP, Andrzeja Dudy, od Prezesa Rady Ministrów, Mateusza Morawieckiego i moc życzeń od rodziny, znajomych, sąsiadów, mieszkańców gminy Sępopol. 2 października 2018 roku Kapituła BPS przyznała dla pana Pakuły Odznaczenie Diamentowe za Zasługi dla Polskiej Bankowości Spółdzielczej.
– Czuję się spełniony w swoim życiu, bo mimo dramatów wojny, udało się przyczynić do uratowania narodowej dumy i tożsamości. Młode pokolenia dostały wolną i demokratyczną Polskę. Teraz mogę życzyć wszystkim zdrowia i mądrości w dokonywaniu ważnych życiowych wyborów – wzruszał się pan Franciszek.
Ałła Zarembo
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze